
Sinem zostaje zatrzymana przez Meliha. Jedno pytanie odsłania uczucia, przed którymi tak długo uciekała.
Sinem chciała tylko na chwilę uciec od własnych myśli, ale spokojne spotkanie przy herbacie niespodziewanie zamienia się w pełną napięcia konfrontację. Melih pojawia się przed nią bez zapowiedzi, jakby dokładnie wiedział, gdzie jej szukać. Z początku wszystko wygląda jak kolejna chłodna wymiana zdań. Ona próbuje zachować dystans. On odpowiada spokojem i pewnością siebie. Jednak tym razem Melich nie zamierza już bawić się w półsłówka. Gdy Sinem wypomina mu dawne zachowanie i inne kobiety, on nagle przyznaje, że wszystko się zmieniło, bo w jego sercu jest już ktoś inny. Sinem próbuje odejść, ale w decydującym momencie Melich zatrzymuje ją za rękę i zadaje pytanie, które odbiera jej głos: czy naprawdę nie widzi tego, co rodzi się między nimi? To spotkanie może zmienić wszystko, bo Sinem po raz pierwszy nie będzie mogła ukryć się przed prawdą, która od dawna była bliżej, niż chciała przyznać.
Sinem i Melih – spotkanie, przed którym nie dało się już uciec.
Gülsüm szła ulicą takim krokiem, jakby każdy następny metr miał przybliżać ją do czegoś, na co czekała od dawna. W powietrzu unosił się lekki chłód, ale ona niemal go nie czuła. Była zbyt zajęta własnymi myślami, zbyt pochłonięta tym dziwnym, słodkim niepokojem, który ściskał ją w piersi od chwili, gdy wyszła z domu. Poprawiała co chwilę włosy, choć już dawno były ułożone dokładnie tak, jak chciała. Wygładzała materiał bluzki, zerkała w witryny sklepów, udając, że sprawdza wystawy, a tak naprawdę kontrolując swoje odbicie. — Serce zaraz wyskoczy mi z piersi — szepnęła do siebie, zatrzymując się na moment przy przejściu dla pieszych.
Uśmiechnęła się nerwowo, ale zaraz ten uśmiech zgasł, bo pod ekscytacją krył się lęk – nie taki zwykły, codzienny lęk, ale coś bardziej dokuczliwego. Obawa, że wszystko, co sobie wyobraziła, rozsypie się w jednej sekundzie, gdy tylko Melih podniesie wzrok i zobaczy przed sobą nie tę osobę, której się spodziewał. W jej głowie wciąż wracał ten sam obraz: on siedzi przy stoliku, może niecierpliwie spogląda na zegarek, może z pewnym roztargnieniem miesza łyżeczką w herbacie. Potem słyszy jej kroki, podnosi głowę. Na jego twarzy pojawi się zaskoczenie – najpierw niedowierzanie, potem może irytacja, a może, może jednak coś innego. — A jeśli się zdenerwuje? — mruknęła, marszcząc brwi. — Jeśli od razu wstanie i odejdzie, jeśli powie: „Co ty tu robisz, Gülsüm? Nie ciebie chciałem zobaczyć”.
Na samą myśl poczuła ukłucie wstydu. Przecież wiedziała, że to ryzykowne. Wiedziała, że wplątała się w sytuację, która od początku była trochę zbyt śmiała, trochę zbyt niepewna. Ale serce nie zawsze pytało rozsądek o pozwolenie. Czasem wystarczyła jedna nadzieja, jedno spojrzenie, jedno przypadkowe słowo, by człowiek zaczął budować w wyobraźni całe zamki. Gülsüm przyspieszyła kroku. Im bliżej była miejsca spotkania, tym mocniej czuła, że tracia odwagę. Jednak zaraz potem znowu zaciskała palce na pasku torebki i powtarzała sobie, że nie może się wycofać. — Już tyle czasu poświęciłam, żeby wyglądać dobrze — powiedziała cicho, jakby sama siebie próbowała przekonać. — Nie po to stałam przed lustrem godzinę, nie po to wybierałam tę bluzkę, nie po to…
Nie dokończyła, bo nagle telefon w jej dłoni zawibrował. Dźwięk powiadomienia wyrwał ją z marzeń tak gwałtownie, że aż drgnęła. Zatrzymała się na środku chodnika, odsuwając się nieco na bok, żeby nie przeszkadzać przechodniom. Spojrzała na ekran. Wiadomość od Meliha. Przez krótką chwilę poczuła, jak krew szybciej krąży jej w żyłach. To musiało być coś ważnego. Może pytał, czy już jest blisko? Może chciał potwierdzić miejsce? Może… Otworzyła wiadomość. Jej oczy przesuwały się po słowach coraz wolniej, jakby z każdym zdaniem traciły resztki blasku: „Gülsüm, przepraszam. Nie dam rady przyjść. Wypadła mi pilna sprawa. Naprawdę nie mogę tego przełożyć. Wybacz”.
Przez moment stała nieruchomo. Cała jej wcześniejsza ekscytacja, całe napięcie, wszystkie przygotowania i wszystkie wyobrażenia pękły jak cienkie szkło. Jeszcze przed chwilą szła w stronę możliwego przełomu, a teraz trzymała w ręku kilka krótkich zdań, które zamykały przed nią drzwi, zanim zdążyła do nich zapukać. — Nie przyjdzie — wyszeptała. Przeczytała wiadomość jeszcze raz, potem trzeci, jakby liczyła, że za którymś razem słowa zmienią znaczenie, ale nie zmieniły. Melih nie przyjdzie. Spotkanie odwołane, wszystko na marne. Gülsüm prychnęła z rozgoryczeniem. — No pięknie, po prostu pięknie. Brawo, Gülsüm. Przebrałaś się, wystroiłaś, namalowałaś sobie nadzieję na twarzy, a teraz możesz sobie spacerować jak ostatnia idiotka.
Schowała telefon do torebki tak gwałtownie, jakby to urządzenie było winne całemu upokorzeniu. Potem znów go wyciągnęła, bo nie potrafiła powstrzymać się przed jeszcze jednym spojrzeniem na wiadomość. Zmarszczyła nos i pokręciła głową. — Pilna sprawa. Oczywiście, zawsze jakaś pilna sprawa. Gdyby naprawdę chciał, znalazłby czas. Człowiek znajduje czas na to, co jest dla niego ważne. — Ostatnie słowa zabrzmiały bardziej bolesnie niż zamierzała. Poczuła, że robi jej się przykro, więc natychmiast przykryła to irytacją. — A ja? Ja jak głupia biegam jak zakochana nastolatka. Myślę, co powiem, jak stanę, jak spojrzę. Jeszcze się zastanawiam, czy się zdenerwuje, gdy mnie zobaczy. Nie zobaczy mnie wcale i bardzo dobrze. Może tak miało być.
Ruszyła dalej, ale już bez wcześniejszego blasku. Krok miała cięższy, ramiona niżej opuszczone. Nie zawróciła od razu, bo nie chciała wracać do domu z poczuciem porażki. Wolała iść przed siebie, nawet jeśli nie miała celu. Ulica, która jeszcze chwilę temu wydawała się drogą do czegoś ekscytującego, nagle stała się zwykłym, obojętnym miejscem. Ludzie mijali ją bez uwagi, samochody przejeżdżały, słońce padało na szyby budynków, a ona czuła, jak w środku narasta rozczarowanie. Nie wiedziała, że w tym samym czasie Melih naprawdę zmienił plany. Nie wiedziała też, że jego pilna sprawa miała twarz kobiety, przed którą sam od dłuższego czasu próbował okazywać obojętność.
Rozmowa w kawiarni i ukryte emocje.
Sinem siedziała samotnie przy stoliku w spokojnej kawiarni na świeżym powietrzu. Przed nią stała szklanka herbaty, z której unosiła się delikatna para. Herbata zdążyła już trochę ostygnąć, ale Sinem prawie jej nie piła. Trzymała dłonie splecione przy filiżance, jakby ciepło szkła mogło pomóc jej zebrać myśli. Wyszła z domu, bo nie mogła dłużej wytrzymać w czterech ścianach – wszystko ją tam drażniło: cisza, znajome przedmioty, własne odbicie w lustrze. Nawet powietrze wydawało jej się ciężkie od myśli, których nie chciała dopuścić do głosu. Powiedziała sobie, że potrzebuje tylko krótkiego spaceru, kilku minut samotności, może herbaty wypitej gdzieś wśród obcych ludzi – bez rozmów, bez tłumaczeń, bez czyichkolwiek pytań. Ale prawda była taka, że nie uciekała od domu. Uciekała od samej siebie.
Od kilku dni w jej głowie zbyt często pojawiał się Melih: jego spojrzenie, jego półuśmiech, jego prowokacyjne słowa, które doprowadzały ją do wściekłości, a jednocześnie zostawiały po sobie ślad, którego nie potrafiła wymazać. Denerwował ją, irytował, wchodził w jej życie z taką pewnością, jakby miał do tego prawo. A najgorsze było to, że im bardziej próbowała go od siebie odepchnąć, tym mocniej jego obecność wdzierała się w jej myśli. — To tylko złość — powiedziała cicho do siebie, patrząc na powierzchnię herbaty. — Nic więcej. Denerwuje mnie, dlatego o nim myślę. To wszystko. — Wypowiedziała te słowa, ale nie poczuła ulgi. Brzmiały jak wymówka, jak coś, co człowiek mówi, gdy boi się nazwać prawdę po imieniu.
Sinem odwróciła wzrok w stronę ulicy. Ludzie przechodzili obok kawiarni, rozmawiali, śmiali się, niektórzy spieszyli się gdzieś z telefonem przy uchu. Świat wyglądał normalnie, tylko w niej wszystko było nienaturalnie napięte. I wtedy go zobaczyła. Melih zbliżał się spokojnym krokiem, jakby dokładnie wiedział, dokąd idzie. Nie wyglądał na przypadkowego przechodnia. Nie zatrzymał się, nie rozejrzał niepewnie – jego spojrzenie od początku było skierowane na nią. Sinem poczuła, jak serce uderza jej mocniej. Przez ułamek sekundy miała absurdalną ochotę odwrócić głowę i udawać, że go nie widzi. Ale było już za późno. Melih stanął tuż przy jej stoliku, a ona uniosła wzrok. — Ty? — wyrwało jej się, zanim zdążyła nadać głosowi chłodniejszy ton.
Melih uśmiechnął się lekko – nie przepraszająco, nie nieśmiało, lecz tak, jakby jej zaskoczenie było dokładnie tym, czego się spodziewał. — Ja — odpowiedział spokojnie. Nie zapytał, czy może usiąść; po prostu odsunął krzesło i zajął miejsce naprzeciwko niej.
Ten gest natychmiast przywrócił Sinem całą ostrożność. Jej plecy wyprostowały się, spojrzenie stwardniało, dłonie odsunęły się od szklanki. — Nie przypominam sobie, żebym cię zapraszała — powiedziała zimno. — A ja nie przypominam sobie, żebym musiał mieć zaproszenie, żeby usiąść w kawiarni. — W kawiarni możesz usiąść, gdzie chcesz, ale przy moim stoliku już niekoniecznie.
Melih pochylił głowę, udając zastanowienie. — Czyli mam rozumieć, że przeszkadza ci moje towarzystwo? — Masz rozumieć, że chcę być sama. — Ciekawe, bo z tego, co widzę, jesteś sama od dłuższego czasu i wcale nie wyglądasz na kogoś, komu samotność dobrze służy.
Sinem zacisnęła usta. — Nie przyszedłeś tu przypadkiem, prawda? — Nie. — Jego szczerość zaskoczyła ją bardziej niż jakakolwiek wymówka. — Więc czego chcesz?
Melih oparł się wygodniej, ale jego spojrzenie pozostało uważne. — Porozmawiać. — Ja nie mam ochoty z tobą rozmawiać. — Zauważyłem. Ostatnio nie masz ochoty na wiele rzeczy: na rozmowę, na szczerość, na przyznanie się do tego, co czujesz.
Sinem parsknęła krótko, choć w jej śmiechu nie było ani odrobiny rozbawienia. — Co za pewność siebie. Przychodzisz tu bez zaproszenia, siadasz naprzeciwko mnie i od razu zaczynasz mówić, co czuję. — Nie muszę mówić. Wystarczy patrzeć. — Patrzeć… — powtórzyła, mrużąc oczy. — A może śledzić?
Melih nie odpowiedział od razu. Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, jakby chciał odczytać z niej coś, czego nie potrafiła ukryć. — Widziałem cię, kiedy przechodziłem obok — powiedział w końcu. — To wszystko. — Nie wierzę ci. — To też zauważyłem. Ty rzadko komu wierzysz. — A ty rzadko kiedy zasługujesz na zaufanie.
Te słowa trafiły celniej, niż zamierzała. Uśmiech Meliha nie zniknął całkiem, ale coś w jego oczach spoważniało. Sinem dostrzegła to i przez chwilę poczuła ukłucie satysfakcji. Chciała go zranić. Chciała, żeby choć raz to on poczuł się nieswojo, bo zbyt często to ona musiała walczyć z napięciem, które wywoływała jego obecność. — Mocne słowa — powiedział cicho. — Prawdziwe. — A skąd ta pewność?
Sinem nachyliła się lekko nad stolikiem. — Naprawdę pytasz? Jeszcze niedawno biegałeś za innymi dziewczynami. Uśmiechałeś się do nich, mówiłeś im miłe rzeczy, próbowałeś zrobić wrażenie. A teraz przychodzisz do mnie i udajesz, że masz poważne intencje?
Melih uniósł brwi. — Czyli jednak patrzyłaś. — Nie musiałam patrzeć, wszyscy widzieli. — Ale ciebie to zabolało.
Sinem odwróciła wzrok. — Nic mnie nie zabolało. — Zabolało. — Melih, nie zaczynaj. — Już zacząłem. — Właśnie dlatego nie chcę z tobą rozmawiać, bo ty nie rozmawiasz normalnie. Ty zastawiasz pułapki. Bierzesz każde słowo i obracasz je przeciwko mnie. — Nie przeciwko tobie. Dla ciebie. — Och, jakie szlachetne. — Sinem…
Sposób, w jaki wypowiedział jej imię, zmienił coś w powietrzu. Nie było w nim ironii, nie było tej drażniącej lekkości, którą tak często się bronił. Była cisza i powaga. Sinem spojrzała na niego mimo woli. — Czego ty ode mnie chcesz? — zapytała ciszej, choć nadal ostro. — Powiedz wprost, po co tu przyszedłeś?
Melih przesunął dłonią po krawędzi stolika. Przez moment wyglądał, jakby sam wybierał słowa z większą ostrożnością niż zwykle. — Przyszedłem, bo mam dość tego udawania. Sinem zaśmiała się nerwowo. — Jakiego udawania? — Twojego, mojego. Tego, że nic się nie dzieje. — Nic się nie dzieje. — Właśnie tak mówisz za każdym razem, gdy dzieje się najwięcej. — Nie znasz mnie tak dobrze, jak ci się wydaje. — Może, ale znam cię wystarczająco dobrze, by wiedzieć, kiedy uciekasz.
To słowo uderzyło ją mocniej niż poprzednie zarzuty. Ucieczka. Tak, dokładnie to robiła: uciekała z domu, uciekała od rozmów, uciekała od jego spojrzenia, od własnego serca. Ale nie mogła pozwolić, żeby on wypowiedział to za nią. — Ja nie uciekam — powiedziała twardo. — Po prostu nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. — Gdyby to była prawda, nie denerwowałabyś się tak bardzo na mój widok. — Denerwuję się, bo mnie nachodzisz! — A gdybym naprawdę był ci obojętny, powiedziałabyś mi spokojnie, żebym odszedł – bez tych wszystkich oskarżeń, bez wypominania mi innych dziewczyn, bez tej złości w oczach.
Sinem poczuła, że policzki zaczynają ją palić. — Nie pochlebiaj sobie. — Nie muszę, ty robisz to za mnie. — Jesteś nieznośny. — Wiem. — Arogancki, czasami bezczelny. Często… i myślisz, że wszystko ci wolno?
Melih pochylił się ku niej nieco. — Nie myślę tak. Tylko wiem, że nie mogę już dłużej milczeć.
Sinem zamarła. Wbrew sobie poczuła, że jej gniew na chwilę ustępuje miejsca czemuś niebezpiecznie podobnemu do ciekawości. Nie chciała słuchać, naprawdę nie chciała, ale jego ton przyciągał ją jak coś, przed czym trudno się obronić. — Więc mów — rzuciła, udając obojętność. — Skoro już tak dramatycznie zacząłeś.
Melih spojrzał jej prosto w oczy. — Tamte znajomości, o których mówisz… skończyłem je. Sinem zmrużyła oczy. — Co to znaczy: skończyłeś? — To znaczy, że już mnie nie interesują. — Nagle? — Nie nagle. — Ach, więc to długo planowana przemiana. — Nie kpię z ciebie, Sinem. Proszę, ty też przez chwilę nie kpij ze mnie.
Te słowa uciszyły ją skuteczniej, niż chciałaby przyznać. Melih westchnął. — Masz rację. Flirtowałem, bawiłem się uwagą innych. Może czasem robiłem to bezmyślnie, może czasem dlatego, że łatwiej było żartować, niż traktować cokolwiek poważnie. Ale to się zmieniło. — Ludzie tacy jak ty nie zmieniają się z dnia na dzień. — Nie z dnia na dzień. Przez jedną osobę.
Sinem poczuła, że coś ściska ją w gardle. Natychmiast sięgnęła po szklankę, żeby ukryć zmieszanie. Ale herbata była już prawie zimna. Odstawiła ją z lekkim stuknięciem. — Nie wiem, o czym mówisz. — Wiesz, Sinem. — Przestań mówić moje imię takim tonem. — Jakim? — Jakbyś miał do niego prawo.
Melih na chwilę spuścił wzrok. Kiedy znów na nią spojrzał, nie było w nim rozbawienia. — Chciałbym mieć to prawo.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była ciężka i pełna znaczeń. Wokół nich kawiarnia nadal żyła swoim spokojnym rytmem: ktoś śmiał się przy sąsiednim stoliku, kelner niósł tacę, filiżanki brzęczały cicho. A jednak dla Sinem wszystko nagle się oddaliło, jakby świat zwęził się do tego jednego stolika i do twarzy Meliha, która była bliżej niż powinna. — Nie mów takich rzeczy — powiedziała w końcu. — Dlaczego? — Bo nie chcę ich słyszeć. — Czy naprawdę nie chcesz? Czy boisz się, że jeśli je usłyszysz, nie będziesz mogła dalej udawać? Przestań, Sinem. Jesteś zazdrosna? — Nie jestem! — Jesteś. — Nie jestem! — Jej głos podniósł się odrobinę za bardzo. Kilka osób odwróciło głowy, więc natychmiast ściszyła ton. — Nie masz prawa mówić mi, co czuję. — A ty masz prawo okłamywać samą siebie. — To moje życie, mogę robić, co chcę. — Możesz. Tylko że każde twoje „nie” brzmi tak, jakby kosztowało cię coraz więcej.
Przełomowy moment konfrontacji.
Sinem zacisnęła palce na torebce leżącej obok niej. Czuła, że rozmowa wymyka się spod kontroli. Przyszła tutaj, żeby odnaleźć spokój, a Melih w ciągu kilku minut rozbił wszystkie mury, które budowała przez dni, może tygodnie. Wypowiadał na głos rzeczy, które sama spychała w najciemniejsze miejsce swojego serca. — Posłuchaj mnie uważnie! — powiedziała, starając się odzyskać chłód. — To, że nie podoba mi się twoje zachowanie, nie oznacza, że jestem zazdrosna. To, że nie ufam twoim nagłym przemianom, nie oznacza, że coś do ciebie czuję. A to, że nie chcę siedzieć tu z tobą przy jednym stoliku, oznacza dokładnie tyle, że nie chcę siedzieć tu z tobą przy jednym stoliku.
Melih patrzył na nią długo, potem skinął głową. — Dobrze, powiedz mi więc jedno. — Co? — Gdybyś jutro naprawdę zniknął z twojego życia, poczułabyś ulgę?
Sinem otworzyła usta, żeby odpowiedzieć natychmiast: „Oczywiście. Tak”. Właśnie tego chciała – spokoju, ciszy, żadnego Meliha, żadnych prowokacji, żadnego spojrzenia, które odbierało jej pewność siebie. To była prosta odpowiedź. Ale słowo nie wyszło. Melih zauważył tę krótką pauzę. Nie musiał nic mówić, wystarczyło, że patrzył. — Widzisz? — powiedział w końcu cicho.
Sinem poczuła gniew – nie na niego, na siebie. Za to jedno zawahanie, za ciszę, która zdradziła ją bardziej niż jakiekolwiek wyznanie. — Nie będę brała udziału w tej rozmowie — oznajmiła, odsuwając krzesło. — Dość, naprawdę dość.
Chwyciła torebkę i wstała gwałtownie. Krzesło przesunęło się po podłożu z ostrym dźwiękiem. Jej twarz była napięta, oczy błyszczały od emocji, których nie potrafiła już uporządkować. — Możesz sobie mówić, co chcesz — rzuciła. — Możesz udawać, że mnie znasz. Możesz wymyślać sobie historie o zazdrości, o uczuciach, o tym, że przed tobą uciekam. Ale ja nie muszę tego słuchać.
Odwróciła się, gotowa odejść, i wtedy poczuła dotyk. Melih wyciągnął rękę i złapał ją za rękaw – nie mocno, nie brutalnie, ale wystarczająco stanowczo, by zatrzymać ją w miejscu. Sinem zamarła. Jej ciało spięło się natychmiast, jakby ten gest przeniósł rozmowę na zupełnie inny poziom. Powoli odwróciła głowę. — Puść mnie — powiedziała, ale jej głos nie zabrzmiał tak pewnie, jak chciała.
Melih wstał. Teraz dzieliło ich niewiele miejsca. Jego dłoń nadal trzymała materiał jej rękawa, ale palce rozluźniły się, jakby nie chciał jej zatrzymywać siłą, lecz błaganiem. — Puściłbym cię, gdybym wierzył, że naprawdę chcesz odejść — powiedział nisko. — To nie twoja decyzja. — Wiem, dlatego pytam. Nie rozkazuję.
Sinem spojrzała na jego dłoń, potem na twarz. — To ma być pytanie? Tak dziwnie zadajesz pytania. Melih uśmiechnął się smutno. — A ty dziwnie na nie odpowiadasz. Najczęściej uciekając. — To słowo wróciło. Ucieczka.
Sinem miała ochotę wyrwać rękę, odejść, nie oglądać się za siebie. Mogła to zrobić – wystarczyło jedno szarpnięcie, jeden krok. Ale stała. Melih zobaczył to i właśnie dlatego jego głos stał się jeszcze bardziej miękki, niemal bezbronny. — Nie jesteś już zmęczona? — zapytał. Sinem milczała. — Powiedz mi, Sinem, naprawdę nie jesteś zmęczona tym ciągłym uciekaniem przede mną, przed sobą, przed każdym spojrzeniem, które trwa o sekundę za długo? Naprawdę nie męczy cię udawanie, że nic nie czujesz, kiedy całe twoje ciało krzyczy coś innego?
Jej oddech stał się płytszy. — Nie wiesz, co krzyczy moje ciało — wyszeptała, bardziej po to, by się obronić, niż zaprzeczyć. — Może nie wiem wszystkiego, ale widzę, jak zamierasz, kiedy jestem blisko. Widzę, jak chcesz powiedzieć coś ostrego, a potem nagle brakuje ci słów. Widzę, jak patrzysz, kiedy myślisz, że tego nie zauważam. — Przestań. — Nie, Sinem. Dzisiaj nie. Dzisiaj nie pozwolę, żeby ta rozmowa skończyła się tak jak wszystkie poprzednie: ty wstajesz, odchodzisz, a ja zostaję z niedopowiedzianym zdaniem, a potem znowu udajemy, że nic między nami nie ma. — Bo może nie ma.
Melih pokręcił głową. W jego oczach pojawiło się coś boleśnie szczerego. — Czy naprawdę jesteś aż tak ślepa? Sinem pobladła lekko. — Na co? — Na to, co rodzi się między nami.
Te słowa zawisły w powietrzu jak coś, czego nie dało się już cofnąć. Sinem poczuła, że ziemia pod jej stopami staje się niepewna. Przez tyle czasu próbowała przekonać samą siebie, że to wszystko jest tylko napięciem, nieporozumieniem, grą Meliha, jego kolejnym kaprysem. A teraz on stał przed nią i mówił to z taką pewnością, jakby nie zostawiał jej miejsca na ucieczkę. — Nie mów tak — szepnęła. — Dlaczego? — Bo jeśli to powiesz, wszystko się zmieni. — Może właśnie powinno. — Nie rozumiesz. — To mi wytłumacz.
Sinem zaśmiała się krótko, ale w tym śmiechu było więcej bólu niż kpiny. — Ty naprawdę myślisz, że to takie proste? Że wystarczy przyjść, usiąść naprzeciwko mnie, powiedzieć kilka szczerych zdań i nagle wszystko stanie się jasne? Że ja zapomnę, kim byłeś? Jak się zachowywałeś? Jak łatwo przychodziło ci flirtowanie z innymi? Jak mało poważnie traktowałeś uczucia?
Melih opuścił dłoń. Tym vezes naprawdę ją puścił. Sinem mogła odejść, ale nadal nie ruszyła się z miejsca. — Nie proszę, żebyś zapomniała — powiedział. — Proszę, żebyś zobaczyła, że nie stoję przed tobą jako ten sam człowiek. — A skąd mam wiedzieć, że jutro znów się nie znudzisz? — Nie wiesz. — Ta odpowiedź ją zaskoczyła. — To ma mnie uspokoić? — Nie chcę cię oszukiwać. Nie mogę dać ci dowodu na przyszłość. Mogę tylko powiedzieć, co jest teraz. A teraz… teraz nie myślę o żadnej innej. Nie szukam żadnej innej. Nie chcę żadnej innej rozmowy tak bardzo, jak tej jednej z tobą.
Sinem spuściła wzrok. Jej palce zacisnęły się na pasku torebki. Wszystko w niej walczyło: rozsądek krzyczał, żeby odejść; duma szeptała, że nie może pozwolić mu wygrać; lęk przypominał, że człowiek, który otwiera serce, daje komuś narzędzie do zadania bólu. Ale gdzieś pod tym wszystkim było coś jeszcze – ciche, uparte pragnienie, by choć raz przestać uciekać. — Melih — powiedziała powoli. — Ty lubisz wygrywać. Lubisz mieć ostatnie słowo. Lubisz, kiedy ktoś reaguje na ciebie tak, jak zaplanowałeś. A ja nie chcę być kolejną osobą w twojej grze. — Tow nie jest gra. — Skąd mam mieć pewność? — Spójrz na mnie.
Nie chciała, ale spojrzała. Melih stał przed nią bez tego ironicznego uśmiechu, który tak często doprowadzał ją do szału. Nie wyglądał jak mężczyzna pewny zwycięstwa; wyglądał jak ktoś, kto ryzykuje więcej, niż zamierzał pokazać. — Gdyby to była gra — powiedział — nie bałbym się tak bardzo twojej odpowiedzi.
Sinem poczuła, jak coś mięknie w jej piersi – nie całkiem, nie od razu, ale wystarczająco, by przez moment zabrakło jej tchu. — Boisz się? — zapytała cicho. — Tak.
To jedno słowo było prostsze i mocniejsze niż wszystkie wcześniejsze zdania. Melih nie próbował go ozdobić, nie próbował się z niego wycofać – powiedział je i zostawił między nimi. Sinem spojrzała na stolik, na swoją niedopitą herbatę, na krzesło, z którego przed chwilą wstała. Jeszcze kilka minut temu była przekonana, że największym zagrożeniem jest jego bezczelność. Teraz zaczynała rozumieć, że bardziej boi się jego szczerości, bo z bezczelnością potrafiła walczyć, z ironią także. Ale co miała zrobić z człowiekiem, który nagle przestawał udawać? — Nie wiem, co mam ci powiedzieć — przyznała w końcu.
Melih nie zbliżył się, nie wykorzystał jej zawahania. Stał w miejscu, jakby wiedział, że jeden nieostrożny ruch może wszystko zniszczyć. — Powiedź prawdę. Sinem zamknęła oczy na krótką chwilę. — Prawda jest taka, że mnie denerwujesz. — To już wiem. — Że czasem mam ochotę nigdy więcej cię nie widzieć. — To też podejrzewałem. — Że nie ufam ci. Melih skinął głową. — Rozumiem. — Nie, nie rozumiesz. Nie chodzi tylko o ciebie, chodzi o mnie. O to, że ja… — urwała, szukając słów. — Ja nie potrafię tak łatwo wchodzić w coś, co może mnie zranić. Nie potrafię udawać lekkości, kiedy w środku wszystko traktuję poważnie. — A ja właśnie dlatego tu jestem. — Dlaczego? — Bo przy tobie ja też przestałem udawać lekkość.
Sinem otworzyła oczy. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa i w tej ciszy było więcej wyznań niż w całej rozmowie. Sinem poczuła, że gdyby teraz zrobiła krok naprzód, coś naprawdę by się zmieniło. Gdyby zrobiła krok w tył, może wróciłaby do bezpiecznego chaosu zaprzeczeń. Tylko że ten chaos wcale nie był już bezpieczny. — Nie mogę ci nic obiecać — powiedziała. — Nie proszę o obietnicę. — Więc o co? — O to, żebyś nie uciekała za każdym razem, gdy zaczynamy mówić prawdę.
Sinem przełknęła ślinę. W jej oczach wciąż była ostrożność, ale gniew powoli ustępował miejsca czemuś bardziej skomplikowanemu. Melih dostrzegł to. Nie triumfował, nie uśmiechnął się zwycięsko i może właśnie to poruszyło ją najbardziej. — A jeśli prawda okaże się zbyt trudna? — zapytała. — To przynajmniej będzie nasza prawda – nie domysły, nie ucieczki, nie zazdrość ukryta za złością. — Powiedziałam, że nie jestem zazdrosna.
Tym razem jednak w jej głosie nie było już dawnej ostrości. Melih zauważył to i delikatny uśmiech przemknął przez jego twarz. — Dobrze — powiedział łagodniej. — Nie jesteś. Sinem zmrużyła oczy. — Nie mów tego takim tonem. — Jakim? — Jakbyś mi nie wierzył. — Bo ci nie wierzę.
Powinna się oburzyć; jeszcze chwilę temu z pewnością by to zrobiła. Tym razem jednak tylko odwróciła wzrok, próbując ukryć cień uśmiechu, który pojawił się wbrew jej woli. Melih zobaczył go i to wystarczyło, by w jego oczach pojawiła się ulga – mała, ostrożna, prawie niewidoczna, ale prawdziwa.
Sinem znów usiadła, choć zrobiła to powoli, jakby sama nie była pewna, czy to kapitulacja, czy tylko odłożenie ucieczki na później. Melih nie usiadł od razu. Poczekał, aż ona spojrzy na niego i krótkim ruchem głowy pozwoli mu wrócić na miejsce. Dopiero wtedy zajął krzesło naprzeciwko. Między nimi nadal było napięcie, nadal było mnóstwo niewypowiedzianych obaw, pytań, ran i podejrzeń. Ale coś się przesunęło – coś niewidzialnego, a jednak wyczuwalnego. Jakby mur, który Sinem tak długo budowała, nie runął całkiem, ale pojawiła się w nim pierwsza szczelina. — Nie myśl, że to coś zmienia — powiedziała, sięgając po herbatę. — Oczywiście — odparł Melih z powagą tak udawaną, że od razu ją zirytowała. — Melih, słucham. — Jeśli znów zaczniesz być nieznośny, naprawdę odejdę. — Postaram się być nieznośny trochę mniej. — To w twoim przypadku już duże wyzwanie. — Dla ciebie mogę spróbować.
Sinem spojrzała na niego ostro, ale tym razem za tym spojrzeniem kryło się coś cieplejszego – coś, czego oboje nie nazwali. Jeszcze nie. Bo nie wszystkie wyznania muszą kończyć się natychmiastową odpowiedzią. Czasem wystarczy, że ktoś przestanie uciekać, że zostanie przy stoliku, choć mógł odejść, że pozwoli rozmowie trwać jeszcze chwilę dłużej.
Melih, patrząc na Sinem, wiedział jedno: to krótkie zatrzymanie było dla niego ważniejsze niż jakiekolwiek łatwe zwycięstwo. Bo tym razem nie chodziło o grę, o dumę ani o prowokację. Chodziło o kobietę, która próbowała ukryć serce za chłodem, i o mężczyznę, który po raz pierwszy naprawdę bał się, że może ją stracić, zanim jeszcze zdąży ją zdobyć. Sinem zaś nadal nie wiedziała, dokąd zaprowadzi ją ta rozmowa. Wiedziała tylko, że kiedy Melich zapytał, czy jest ślepa na to, co rodzi się między nimi, coś w niej odpowiedziało ciszą. A ta cisza była bardziej niebezpieczna niż każde słowo, bo czasem największe uczucia nie zaczynają się od pocałunku ani od pięknej deklaracji. Czasem zaczynają się od odwołanego spotkania, niedopitej herbaty i jednego pytania, przed którym nie da się już dłużej uciekać.