
Hanser zostaje odrzucona, a tajemniczy list zmusza Cihana do bolesnej decyzji.
Hanser przeżywa jeden z najtrudniejszych momentów swojego życia. W ramionach Cihana próbuje odnaleźć choć odrobinę spokoju, ale ból, który nosi w sercu, okazuje się silniejszy niż wszystkie słowa pocieszenia. Gdy Cemil niszczy ich wspólne wspomnienia i odwraca się od niej na oczach wszystkich, Hanser zostaje sama z poczuciem odrzucenia, którego nie potrafi zrozumieć. Tymczasem Beyza, pogrążona w gniewie i rozpaczy, pisze tajemniczy list, który wstrząsa całym domem. Mukadder wpada w furię. Cihan zostaje przyparty do muru, a milcząca Sinem zaczyna coraz uważniej obserwować wydarzenia wokół siebie. Czy list był prawdziwym wołaniem o pomoc, czy częścią kolejnej intrygi? I jaką cenę zapłaci Hanser, gdy wszyscy wokół zaczną decydować o jej losie bez pytania jej o zdanie?
Płacz w sypialni i uścisk Cihana.
Noc w rezydencji nie była cicha. Ona tylko udawała ciszę. Za grubymi zasłonami luksusowej sypialni, w której każdy detal miał świadczyć o bogactwie, wygodzie i bezpieczeństwie, kryło się cierpienie tak głębokie, że żadne złoto, żaden jedwab i żaden blask kryształowych lamp nie mogły go przykryć. Pokój Hanser i Cihana wyglądał jak miejsce stworzone do spokoju: wielkie łóżko, ciężkie narzuty, miękkie poduszki, lśniące meble, delikatne światło sączące się z lampy stojącej przy ścianie. A jednak w samym środku tego piękna stała Hanser – samotna, złamana, z twarzą mokrą od łez. Nie płakała cicho. Jej płacz rwał się z piersi tak, jakby przez długi czas próbowała go zatrzymać. Jakby przez całe dni przełykała ból, udawała spokój, prostowała ramiona, mówiła wszystkim, że wytrzyma. Teraz jednak nie potrafiła już udawać. Stała pośrodku pokoju, ściskając dłonie przy sercu, jakby bała się, że jeśli je puści, rozpadnie się na kawałki.
Drzwi uchyliły się powoli. Cihan wszedł do środka bez pośpiechu, ale wystarczyło jedno spojrzenie, by jego twarz natychmiast się zmieniła. Wszystko, co jeszcze przed chwilą mogło zaprzątać jego myśli, zniknęło: nie było już pracy, rodzinnych konfliktów, oskarżeń, presji domu. Była tylko Hanser, jej łzy, jej drżące ramiona, jej bezradność. — Hanser… — powiedział cicho, niemal szeptem.
Ona nie odwróciła się od razu, jakby wstydziła się własnego cierpienia, jakby ból był czymś, co powinna ukryć nawet przed nim. Cihan podszedł bliżej. Każdy jego krok był ostrożny, łagodny, pełen obawy, że najmniejszy gwałtowny ruch może jeszcze bardziej zranić kobietę, która i tak wyglądała, jakby dźwigała na sobie całe ciężar świata. Stanął przed nią i uniósł dłoń. Delikatnie dotknął jej twarzy, kciukiem starł łzę spływającą po policzku. — Spójrz na mnie — poprosił.
Hanser uniosła oczy. Były czerwone, zmęczone, pełne takiej rozpaczy, że Cihanowi ścisnęło gardło. — Ja już nie mam siły — wyszeptała. — Cianie, ja naprawdę nie mam siły. Wszystko, czego dotknę, zamienia się w ranę. Każde słowo, które wypowiadam, wraca do mnie jak oskarżenie. Każdy człowiek, którego kocham, odwraca się ode mnie albo cierpi przeze mnie. — Nie mów tak. — A jak mam mówić? — Jej głos nagle się załamał. — Cemil patrzy na mnie jak na obcą. Derya widzi we mnie winę. Mukadder, ona nigdy mi nie wybaczy. Beyza nienawidzi mnie samym oddechem. A ja? Ja już nawet nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Czy w tym domu, czy przy tobie, czy gdziekolwiek?
Cihan położył drugą dłoń na jej policzku i przybliżył się jeszcze bardziej. — Twoje miejsce jest przy mnie — powiedział mocno. — Słyszysz? Przy mnie. Niki nie ma prawa ci tego odebrać.
Hanser potrząsnęła głową, jakby bała się uwierzyć. — Obiecujesz mi to dziś, a jutro znów ktoś stanie między nami? Znowu pojawi się list, krzyk, oskarżenie, spojrzenie pełne pogardy. Znowu będę musiała udowadniać, że nie jestem winna temu, że kocham.
Te Słowa przeszyły Cihana. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, potem przyciągnął ją do siebie i objął tak mocno, jakby chciał własnym ciałem osłonić ją przed całym światem. Hanser najpierw zesztywniała, ale po sekundzie opadła na jego pierś z bezsilnością dziecka, które za długo udawało dorosłość. Jej dłonie zacisnęły się na materiale jego marynarki. — Nie zostawię cię — powiedział Cihan, opierając policzek o jej włosy. — Nawet jeśli wszyscy będą przeciwko nam, nawet jeśli będę musiał walczyć z własną rodziną, nawet jeśli każdy dzień będzie próbą. Nie zostawię cię, Hanser. — Przysięgam, boję się — przyznała cicho. — Wiem. — Boję się, że pewnego dnia zmęczysz się moimi łzami.
Cihan odsunął ją od siebie tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy. — Twoje łzy nie są ciężarem. Są dowodem, że za długo byłaś silna sama. — Potem pochylił się i pocałował ją w czoło: długo, czule, z taką delikatnością, że Hanser zamknęła oczy.
Przez jedną krótką chwilę świat przestał istnieć. Zostały tylko jego ramiona i cichy, nierówny oddech, ale w tej rezydencji spokój nigdy nie trwał długo.
Niekontrolowany wybuch Beyzy w salonie.
W przestronnym salonie, gdzie fioletowa kanapa stała jak tron wśród bogatych mebli, Mukadder siedziała wyprostowana z twarzą pełną chłodnej powagi. Obok niej Nusret próbował prowadzić rozmowę, która od początku była napięta. Między nimi wisiało coś ciężkiego, niewypowiedzianego. Mukadder nie musiała podnosić głosu, by jej obecność dominowała w pomieszczeniu – wystarczył jeden jej gest, jedno spojrzenie, jeden minimalny ruch brwi. — W tym domu każdy zaczyna myśleć, że może postępować, jak chce — powiedziała lodowato — a potem wszyscy są zdziwieni, że płacą za to cenę.
Nusret westchnął. — Mukadder, czasami cena jest zbyt wysoka, szczególnie kiedy płacą ją młodzi. — Młodzi? — prychnęła. — Młodość nie usprawiedliwia braku rozsądku.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle drzwi salonu otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadła Beyza. Jej twarz płonęła gniewem, oczy miała szeroko otwarte, a dłonie drżały tak mocno, że wydawało się, iż zaraz roztrzaska wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu. — Tego już za wiele! — krzyknęła. — Naprawdę za wiele! Ile jeszcze mam znosić? Ile razy mam patrzeć, jak wszyscy udają, że nic się nie dzieje?
— Beyza… — Nusret natychmiast poderwał się z miejsca. — Uspokój się. — Nie będę się uspokajać! — odpowiedziała, gestykulując gwałtownie. — Wszyscy każą mi milczeć, wszyscy każą mi czekać, a ona? Ona płacze i nagle cały dom kręci się wokół niej!
Mukadder patrzyła na nią z chłodnym dystansem, ale w jej oczach błysnęło coś niebezpiecznego. Beyza była użyteczna, kiedy płakała we właściwym momencie, kiedy cierpiała w sposób, który można było wykorzystać. But teraz jej wybuch był niekontrolowany, a Mukadder nie znosiła niczego, czego nie mogła kontrolować. Nusret podszedł do Beyzy i chwycił ją za ramiona. — Usiądź — powiedział postanowieniem. — Nie dotykaj mnie! — Usiądź, powiedziałem. — Jego ton był spokojny, lecz nieustępliwy.
Beyza przez moment walczyła spojrzeniem, potem z gniewnym szarpnięciem pozwoliła się posadzić na kanapie. Usiadła obok niego, oddychając szybko, jakby każdy oddech był kolejnym oskarżeniem. — Posłuchaj mnie — zaczął Nusret. — Jeśli będziesz krzyczeć, niki nie usłyszy twojego bólu. Jeśli będziesz rzucać oskarżenia, wszyscy zamkną przed tobą drzwi. Must myśleć. — Ja właśnie myślę! — syknęła. — Myślę o tym, że tracę wszystko.
Mukadder lekko przechyliła głowę. — Może tracisz dlatego, że nie umiesz trzymać tego, co masz? Beyza spojrzała na nią zraniona, ale nie odpowiedziała. W tym domu nawet rozpacz musiała znać swoje miejsce.
Rozdarte rodzeństwo: Cemil i Derya.
Tymczasem, z dala od marmurowych podłóg i ciężkich zasłon, w drewnianej altanie nad stołem siedział Ertuğrul. Obok niego stała Derya, nerwowo splatając palce. Powietrze na zewnątrz było chłodniejsze, bardziej surowe. W tej przestrzeni nie było luksusu rezydencji, ale napięcie było równie silne. Cemil pojawił się nagle – szedł ciężkim krokiem, z pochyloną głową, jak człowiek, który nie wie, czy bardziej chce uciec, czy coś zniszczyć. Jego twarz była napięta, szczęka zaciśnięta, oczy pełne gniewu, którego nie potrafił już ukryć. — Cemil — odezwała się Derya ostrożnie. — Gdzie byłeś? — Tam, gdzie niki nie pytał mnie o to, czego nie chcę mówić. — Synu — powiedział Ertuğrul, podnosząc się powoli. — Usiądź, porozmawiajmy. — Nie mam o czym rozmawiać.
Ertuğrul podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu. Gest był prosty, ojcowski, pełen troski. — Masz w sobie zbyt dużo gniewu, on cię zje od środka.
Cemil parsknął gorzko. — Gniew? To już nawet nie jest gniew. To wstyd, to żal – to wszystko naraz. Człowiek całe życie wierzy, że zna swoją rodzinę, że wie, kto jest jego krwią, kto stoi obok niego. A potem okazuje się, że wszyscy mają swoje tajemnice.
Derya zbliżyła się o krok. — Mówisz o Hancer?
Na dźwięk jej imienia Cemil odwrócił wzrok. — Nie wypowiadaj przy mnie tego imienia. — To twoja siostra! — Była moją siostrą. — Te Słowa zabrzmiały jak uderzenie.
Derya pobladła. Ertuğrul zacisnął dłoń na ramieniu Cemila, jakby próbował powstrzymać go przed wypowiedzeniem czegoś, czego nie da się cofnąć. — Krwi nie da się przekreślić jednym zdaniem — powiedział cicho. — A zdradę da się przekreślić? — Cemil spojrzał mu prosto w oczy. — Da się udawać, że nic się nie stało? Da się patrzeć komuś w twarz i nie pamiętać, że przez niego cały dom płonie? — Czasami człowiek, który cierpi, szuka winnego tam, gdzie powinien szukać prawdy — odparł Ertuğrul.
Cemil strząsnął jego rękę. — Ja już mam swoją prawdę. — Odwrócił się, a Derya patrzyła za nim z bezsilnością. Wiedziała, że w Cemilu coś pęka, tylko nie wiedziała jeszcze, jak daleko zajdzie ta rana.
Mroczny plan Beyzy i sfałszowany list.
W tym samym czasie Beyza zamknęła się w swojej sypialni. Zielona koszula, którą miała na sobie, zdawała się ją dusić. Ściągnęła ją nerwowym ruchem, jakby chciała zrzucić nie ubranie, ale całą skórę, w której od dni czuła się obco. Pokojówka stała obok: niepewna, przestraszona, ale wierna. Była jedną z tych osób, którym Beyza mówiła rzeczy, których nie odważyłaby się powiedzieć głośno przy rodzinie. — Nie mogą wygrać — mówiła Beyza, chodząc po pokoju. — Nie mogą wszyscy patrzeć na mnie z litością, a na nią z troską. Rozumiesz? To ja zostałam upokorzona. To ja zostałam odsunięta. To ja stałam się cieniem we własnym życiu. — Pani Beyzo, może powinna pani odpocząć? — Nie mów mi o odpoczynku! — przerwała jej ostro. Po chwili jednak ściszyła głos. — Must zrobić coś, co nimi wstrząśnie, co sprawi, że wreszcie zobaczą, do czego mnie doprowadzili.
Pokojówka przełknęła ślinę. — Co pani zamierza? Beyza zatrzymała się i spojrzała na nią uważnie. — Będziesz milczeć, oczywiście, i zrobisz dokładnie to, co ci powiem. — W jej głosie nie było już histerii. Był plan – a plan Beyzy, zrodzony z rozpaczy i zazdrości, zawsze był bardziej niebezpieczny niż jej krzyk.
Noc zapadła nad rezydencją powoli, przykrywając jej ściany granatowym cieniem. W sypialni Cihana i Hanser panował półmrok. Hanser leżała w łóżku, opierając głowę na ramieniu Cihana. Zasnęła po długim płaczu, wyczerpana, z twarzą bladą i spokojniejszą tylko pozornie. Cihan nie spał – patrzył na nią w milczeniu, jakby bał się zamknąć oczy, żeby jej ból nie wrócił w chwili, gdy przestanie czuwać. Delikatnie gładził ją po ramieniu. Jej oddech był nierówny, czasem drżała przez sen, jakby nawet w snach nie mogła znaleźć ucieczki. Nagle poruszyła się gwałtownie, otworzyła oczy. Przez sekundę wyglądała na zdezorientowaną, a potem wszystko wróciło: ból, pamięć, odrzucenie. Łzy znów napłynęły jej do oczu. — Jestem tutaj. — Cihan usiadł natychmiast, obejmując jej twarz dłońmi. — Oddychaj, spójrz na mnie. — Nie potrafię zapomnieć — wyszeptała. — Nawet kiedy śpię, słyszę ich głosy: Cemila, Deryi, Mukadder. Słyszę, jak mówią, że wszystko przeze mnie. — Tow nieprawda. — Ale oni w to wierzą. — Nie wszyscy, którzy krzyczą, mówią prawdę. — Cihan ocierał jej łzy z policzków raz po raz, cierpliwie, jakby każda łza była czymś, co musiał zatrzymać, zanim spadnie zbyt głęboko. — Jutro będzie inaczej — powiedział Hanser. Uśmiechnęła się smutno. — Jutro w tym domu nigdy nie jest inaczej. Jutro tylko przynosi nową ranę.
Nie wiedziała, jak bardzo miała rację. W swojej sypialni Beyza siedziała przy małym okrągłym stoliku. Przed nią leżały kartki papieru. Jedna po drugiej pokrywały się słowami, które zaczynała pisać z determinacją, a potem z furią gniotła i rzucała do kosza. Papier szeleścił w ciszy jak wyrzut sumienia. — Nie tak! — syknęła, zgniatając kolejną kartkę. — Must brzmieć prawdziwie. — Pochyliła się nad następną. Pisała kilka zdań, potem czytała je szeptem, marszczyła brwi i znów niszczyła. Kosz zapełniał się pogniecionymi śladami jej prób. Każda kartka była fragmentem kłamstwa, które jeszcze nie znalazło idealnego kształtu.
W końcu jej wzrok padł na książkę leżącą na stoliku. Beyza otworzyła ją powoli. Palcami przesunęła po czystej stronie na końcu, po czym bez wahania wyrwała ją z oprawy. Dźwięk rozrywanego papieru był cichy, ale v tej ciszy zabrzmiał jak początek katastrofy. Tym razem pisała wolniej, uważniej. Każde słowo miało boleć, każde zdanie miało oskarżać, każda linijka miała sprawić, że Cihan poczuje ciężar winy, a Mukadder dostanie broń do ręki. Gdy skończyła, odłożyła pióro i przez chwilę patrzyła na list. Na jej twarzy pojawił się cień satysfakcji. Nie była szczęśliwa – ludzie tacy jak Beyza w takich chwilach nie czują szczęścia. Czują ulgę, że ich ból znalazł drogę, by zranić innych.
Zniszczone dzieciństwo i żółta torba.
W domu Cemila atmosfera była zupełnie inna: skromny pokój, rozkładana kanapa, proste meble, światło padające z jednej lampy. Cemil wszedł do środka i zamknął drzwi. W ręku trzymał stare fotografie – usiadł ciężko na kanapie i rozłożył je przed sobą. Na zdjęciach był mały chłopiec i dziewczynka: uśmiechnięci, brudni od zabawy, z oczami pełnymi beztroski. Cemil i Hanser, zanim życie nauczyło ich cierpienia, zanim dorośli zaczęli kłamać, zanim nazwiska, domy, pieniądze i tajemnice rozdarły rodzinę. Cemil wziął jedno zdjęcie do ręki, palcem dotknął twarzy dziewczynki. — Jak mogłaś? — wyszeptał, ale nie było przy nim Hanser, która mogłaby odpowiedzieć. Było tylko zdjęcie – martwy obraz przeszłości, która nagle stała się dla niego nie do zniesienia. Gniew podniósł się w nim gwałtownie, złapał fotografię obiema dłońmi i rozdarł ją na pół. Dźwięk rozrywanego papieru był krótki, brutalny, jakby odcinał nie zdjęcie, lecz własne serce od wspomnienia siostry. Jedno zdjęcie, potem drugie, potem następne. Kiedy skończył, jego dłonie drżały. Przed nim leżały kawałki dzieciństwa.
Następnego ranku próbował ukryć je w żółtej plastikowej reklamówce. Klęczał przy kanapie, unosząc pojemnik na pościel – chciał wsunąć torbę głęboko, tak by niki jej nie znalazł. Ale właśnie wtedy do pokoju weszła Derya, zatrzymała się w progu. — Co ty robisz? Cemil zesztywniał. — Nic. Odsuń się, Derya, nie wtrącaj się. Jej oczy zwęziły się niebezpiecznie. Podeszła szybko, odepchnęła go i otworzyła schowek. Wyciągnęła żółtą torbę. Cemil próbował ją zatrzymać, ale było za późno. Derya zajrzała do środka i zamarła. Podarte zdjęcia wysypały się na jej dłonie. — Cemil… — jej głos był pełen niedowierzania. — Co ty zrobiłeś? — To tylko stare papiery. — Stare papiery?! — wybuchła. — To twoje dzieciństwo. To Hanser. Twoja siostra. — Nie mam siostry.
Derya uderzyła torbą o kanapę. — Nie waż się tak mówić! Możesz być zły, możesz cierpieć, możesz czuć się zdradzony, ale nie masz prawa niszczyć czegoś, czego nie da się odzyskać. — Właśnie dlatego to zniszczyłem — powiedział lodowato — bo nie chcę już odzyskiwać. — Ty nie karzesz jej, Cemil. Ty karzesz siebie. — Lepiej karać siebie, niż dalej żyć w kłamstwie.
Derya pokręciła głową, a w jej oczach pojawiły się łzy gniewu. — Kiedyś będziesz żałował. Przyjdzie dzień, kiedy zapragniesz zobaczyć te zdjęcia jeszcze raz. Przypomnieć sobie, jak trzymałeś ją za rękę, jak broniłeś jej przed światem… i wtedy zostaną ci tylko strzępy.
Cemil odwrócił twarz. — Nie będę żałował. — Ale powiedział to zbyt szybko, zbyt twardo, jak człowiek, który boi się, że jeśli choć przez sekundę zamilknie, prawda go dogoni. Wstał gwałtownie i wyszedł z pokoju, zostawiając Deryę z podartymi fotografiami w dłoniach.
Ultimatum Mukadder i ultimatum przy stole.
W rezydencji, przy wielkim stole jadalnym, Cihan siedział z tradycyjną szklanką herbaty. Naprzeciwko niego Sinem w niebieskim hidżabie milczała, lecz jej milczenie nie było obojętne – obserwowała wszystko uważnie: każdy gest Cihana, każdą zmianę w jego twarzy. Do jadalni weszła Mukadder. Cihan odwrócił głowę. — Gdzie jest Beyza? — zapytał.
Mukadder usiadła powoli, bez pośpiechu, jakby samym ruchem chciała pokazać, że to ona kontroluje rytm rozmowy. — To ty powinieneś wiedzieć, Cianie. W końcu to przez twoje decyzje ten dom nie śpi po nocach. Cihan zacisnął palce na szklance. — Nie zaczynajmy od oskarżeń. — A od czego mamy zacząć? Od udawania, że nic się nie dzieje? Sinem poruszyła się niespokojnie. — Może wszyscy potrzebujemy trochę spokoju. Mukadder spojrzała na nią krótko. — Spokój jest luksusem dla ludzi, którzy nie mają nic do ukrycia.
Wtedy do jadalni weszła Gülsüm. Była blada, przerażona, z pogniecioną kartką w dłoniach. Zatrzymała się przy drzwiach, jakby bała się zrobić kolejny krok. — Pani Mukadder, panie Cianie… Cihan natychmiast zauważył jej stan. — Co się stało?
Gülsüm podeszła bliżej. — Znalazłam to w pokoju pani Beyzy. Pokój był… był w strasznym nieładzie. Kartki wszędzie, rzeczy porozrzucane. A pani Beyza, ona zachowywała się dziwnie, bardzo dziwnie. Bałam się, więc… — Wyciągnęła list w stronę Cihana.
Cihan wziął papier, rozprostował go powoli i zaczął czytać. Z każdym zdaniem jego twarz ciemniała: najpierw zaskoczenie, potem niedowierzanie, potem ciężar tak wielki, że musiał oprzeć łokieć o stół i przetrzeć twarz dłonią. Sinem patrzyła na niego z narastającym lękiem. — Co tam jest? — zapytała cicho. Cihan nie odpowiedział. Mukadder wyrwała mu kartkę z ręki. — Daj! — Czytała szybko, a potem jej usta zadrżały. Dłoń powędrowała do twarzy.
Przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę pękła w niej matka, opiekunka, kobieta, która boi się o czyjeś życie. Ale ta rozpacz trwała tylko chwilę, bo zaraz ustąpiła miejsca furii. — Widzisz?! — krzyknęła, uderzając pięścią w stół. Szklanki zadrżały. — Widzisz, do czego ją doprowadziłeś?! — Mamo, proszę… — Nie proś mnie! — Jej głos przeszył jadalnię jak nóż. — Ta dziewczyna pisze takie Słowa, a ty siedzisz tutaj i mówisz o spokoju! To przez ciebie, przez twoją słabość, przez to, że pozwoliłeś, by obca kobieta weszła między ludzi, którzy byli tu przed nią!
Cihan wstał, ale wyglądał jak człowiek przyparty do muru. — Nie waż się obwiniać Hanser za wszystko! — Ja obwiniam ciebie! — Mukadder pochyliła się nad stołem. — Bo to ty otworzyłeś drzwi temu chaosowi. Ty dałeś nadzieję jednej, zniszczyłeś drugą i teraz udajesz niewinnego.
Sinem zasłoniła usta dłonią. Gülsüm stała z boku, drżąca, jakby żałowała, że w ogóle weszła do tego pokoju. Cihan spojrzał na pokojówkę. — Gülsüm, niki poza nami nie może się o tym dowiedzieć. Rozumiesz? Nikomu ani słowa. — Tak, proszę pana.
Mukadder rzuciła list na stół. — Milczenie już nie wystarczy. — Czego chcesz? — zapytał Cihan zmęczonym głosem.
Mukadder wstała. Jej twarz była blada, ale oczy płonęły. — Chcę, żebyś naprawił to, co zniszczyłeś. Chcę, żeby Beyza poczuła, że nie została sama. Chcę, żebyś przestał zachowywać się jak chłopiec, który myśli tylko sercem. Ten dom potrzebuje decyzji. — Nie zmusisz mnie do odrzucenia Hanser. — Nie muszę cię zmuszać, wystarczy, że pokażę ci konsekwencje.
Cihan milczał, walczył ze sobą. Każda część jego serca krzyczała, by się sprzeciwił, ale przed nim leżał list. Obok stała Mukadder. W domu była Beyza, która mogła zrobić kolejny krok w stronę przepaści. A gdzieś poza tym wszystkim była Hanser, której obiecał, że jej nie zostawi. W końcu skinął głową – ledwo widocznie. Mukadder zobaczyła to i wiedziała, że wygrała tę rundę.
Odrzucenie na ulicy i wygnanie z werandy.
Na ulicie przed starymi zabudowaniami Cemil szedł szybkim, gniewnym krokiem. Za nim biegła Hanser, jej sukienka poruszała się na wietrze, włosy opadały na twarz, ale nie zatrzymywała się. Musiała z nim porozmawiać – musiała choć raz usłyszeć od niego coś więcej niż odrzucenie. — Cemil, poczekaj! — Nie zatrzymał się. Dogoniła go i chwyciła za ramię. — Proszę, wysłuchaj mnie.
Odwrócił się gwałtownie. — Nie dotykaj mnie! Hanser cofnęła dłoń, jakby ją sparzył. — Jestem twoją siostrą. — Nie jesteś. — Te dwa Słowa odebrały jej oddech. — Nie mów tak. Możesz być na mnie zły, możesz mnie nienawidzić, ale nie mów, że nie jestem twoją siostrą. Nie po tym wszystkim, co przeżyliśmy. — Właśnie przez to wszystko nie mogę na ciebie patrzeć! — krzyknął. — Pamiętasz, jak przysięgaliśmy sobie, że nigdy nie będziemy kłamać, że będziemy trzymać się razem? A teraz? Kim ty jesteś, Hanser? Czy ja cię w ogóle znam? — Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek. — Nie. Znałem dziewczynkę ze zdjęć – tę, która śmiała się ze mną na podwórku; tę, która płakała, kiedy bała się burzy. Ale kobieta stojąca przede mną? Ona należy do innego świata. — Ja nie wybrałam tego bólu. — Ale wybrałaś ich.
Hanser potrząsnęła głową. — Wybrałam miłość. — A ja straciłem siostrę. — Odwrócił się i ruszył w stronę sklepu z farbami. Nad drzwiami widniał napis „BOYACI”. Hanser zrobiła krok za nim. — Cemil, błagam… — Zatrzymał się w progu, ale nawet na nią nie spojrzał. — Trzymaj się ode mnie z daleka. — Wszedł do środka.
Hanser została sama na ulicy. Ludzie przechodzili obok, ktoś zamknął okno, gdzieś zaszczekał pies, ale dla niej świat zamarł. Stała pośrodku drogi z twarzą pełną odrzucenia i po raz pierwszy naprawdę poczuła, że może nie mieć już dokąd wrócić.
Później, z żółtą reklamówką w dłoni, dotarła do wiejskiego domu, weszła na zadaszoną werandę i usiadła przy stole. Z torby wyciągnęła fotografie: niektóre były całe, inne podarte. Przeglądała je ze łzami w oczach, dotykając kawałków twarzy, które kiedyś należały do szczęśliwszego życia. Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie – wybiegła Derya. — Co ty tutaj robisz? Hanser poderwała się, próbując szybko schować zdjęcia. — Derya, ja tylko… — Nie chcę słuchać! — Derya wskazała palcem na drogę. — Przychodzisz tutaj po tym wszystkim? Przynosisz te zdjęcia, jakby kilka kawałków papieru mogło naprawić to, co zniszczyłaś! — Nie przyszłam walczyć. — Ale gdziekolwiek się pojawiasz, zaczyna się wojna! — Hanser zadrżała. — Ja też cierpię. — Wszyscy cierpią! — krzyknęła Derya. — Cemil niszczy wspomnienia, bo nie umie udźwignąć tego, co się stało. Ten dom rozpada się od środka, a ty przychodzisz tutaj z oczami pełnymi łez i myślisz, że to wystarczy? — Nie myślę tak. — To odejdź.
Hanser spojrzała na nią z bólem. — Naprawdę mnie wyrzucasz dzisiaj? — Tak, bo jeśli zostaniesz, powiemy sobie rzeczy, których żadna z nas nie cofnie.
Hanser powoli skinęła głową, zebrała torbę, przycisnęła ją do piersi i zeszła z werandy. Każdy krok był dla niej jak kolejna przegrana.
Władza Mukadder nad Beyzą i bolesny poranek w biurze.
W rezydencji Mukadder weszła do pokoju Beyzy z impetem. Gülsüm siedziała obok dziewczyny, próbując mówić do niej łagodnie. Beyza siedziała w fioletowym fotelu – blada, pusta, z oczami wbitymi w jeden punkt. Wyglądała jak ktoś, kto przekroczył granicę emocji i znalazł się po drugiej stronie, tam, gdzie nie ma już krzyku, tylko cisza. — Wyjdź — rozkazała Mukadder pokojówce. Gülsüm cofnęła się, ale nie wyszła całkiem – stanęła z boku, przestraszona. Mukadder podeszła do Beyzy. — Co ty sobie wyobrażałaś? Że list załatwi wszystko? Że jeśli przestraszysz ten dom, wszyscy uklękną przed twoim cierpieniem? Beyza poruszyła ustami. — Ja już nie wiedziałam, co robić. — To zacznij robić to, co mówię ja.
Ton Mukadder nagle się zmienił: stał się cichszy, bardziej miękki, ale przez to jeszcze groźniejszy. Pochyliła się nad Beyzą, położyła dłoń na jej głowie i zaczęła gładzić ją po włosach. Gest z daleka mógł wyglądać jak czułość, z bliska był aktem władzy. — Moje biedne dziecko… — wyszeptała. — Myślisz, że jesteś słaba, bo płaczesz? Nie. Słaba jesteś wtedy, kiedy zapominasz, kto trzyma cię przy życiu. Beyza zamknęła ogen. — Proszę…
Mukadder zbliżyła usta do jej ucha. — Od tej chwili nie zrobisz ani jednego kroku bez mojego pozwolenia. Nie napiszesz ani jednego słowa, nie wypowiesz ani jednej groźby, nie uronisz nawet łzy, jeśli ta łza nie będzie miała celu. Rozumiesz mnie? Beyza siedziała nieruchomo. Jej oczy przewróciły się lekko z wyczerpania, ale nie miała siły się sprzeciwić. Mukadder gładziła ją po włosach jak matka, która uspokaja dziecko, i jak kat, który przed wyrokiem poprawia ofierze kołnierz.
Następne dni nie przyniosły ulgi – przyniosły tylko nowe rozmowy, nowe spojrzenia i nowe milczenia. Mukadder potrafiła zmieniać twarz jak maskę: w jednej chwili była surowym sędzią, w drugiej opiekuńczą kobietą, która siedziała przy Beyzie, gładziła ją po ramionach i mówiła łagodnym głosem: — Musisz się trzymać, córko. Nie możesz pozwolić, by smutek cię połknął. Jesteś silniejsza, niż myślisz. Beyza słuchała, ale już nie było w niej dawnej gwałtowności. Było zmęczenie i coś jeszcze – zależność. Mukadder chciała, by Beyza czuła, że tylko ona ją rozumie, tylko ona ją chroni, tylko ona wie, jak odzyskać to, co utracone.
Tymczasem Cihan szukał odpowiedzi poza domem. W gabinecie lekarskim siedział naprzeciwko Yasemin. Biały kitel lekarki, uporządkowane dokumenty, ekran laptopa i spokojny ton tworzyły pozory kontroli, której Cihan tak bardzo potrzebował. — Nie może pani powiedzieć mi niczego bardziej konkretnego? — zapytał, przecierając czoło. Yasemin spojrzała na niego z profesjonalnym współczuciem. — Mogę powiedzieć tylko tyle, ile pozwalają mi wyniki i sytuacja. To skomplikowane, Cianie. Emocje w domu, presja, stres – to wszystko ma znaczenie. Nie możecie podejmować decyzji pod wpływem strachu. — W tym domu wszyscy oddychają strachem. — Tym bardziej musi pan uważać: na Hanser, na Beyzę, na siebie. Cihan odchylił się na krześle i zamknął oczy. — Mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, kogoś zniszczę. — Czasami najważniejsze nie jest to, żeby nikogo nie zranić — powiedziała Yasemin cicho — tylko żeby przestać karmić kłamstwa.
Te Słowa zostały z nim na długo. Później Cihan szedł w stronę swojego czarnego Mercedesa, rozmawiając przez telefon – jego głos był spokojny, ale napięty. — Nie, dziś nie mogę tego odłożyć. Przygotuj dokumenty, będę w biurze za pół godziny. — Wsiadł do auta, odjechał spod rezydencji i po czasie dotarł pod elegancki budynek firmy. Tam świat był inny – zimniejszy, prostszym językiem mówił o liczbach, podpisach, umowach. Tam niki nie pytał o łzy Hanser ani o listy.
W gabinecie Cihan próbował pracować. Engin wszedł z dokumentami. — To wymaga pana podpisu — powiedział. Cihan przejrzał kartki, ale jego wzrok co chwilę uciekał gdzieś poza tekst. — Zostaw, sprawdzę. Engin zawahał się. — Wszystko w porządku? Cihan spojrzał na niego zmęczony. — W tym domu niki już nie wie, co znaczy w porządku. Engin nie dopytywał, wyszedł cicho.
Chwilę później do gabinetu weszła pracownica z torbami. Wyjęła z nich niemowlęce ubranka: małą niebieską koszulkę w kratę, delikatne śpioszki, białe buciki tak małe, że mieściły się w dłoni Cihana. Mężczyzna wziął je ostrożnie, jakby trzymał coś kruchego i świętego. Na karteczce widniał napis: „Babasından aslan oğluna” – od taty dla jego lwa, dla syna. Patrzył na te Słowa długo. W jego oczach pojawiła się melancholia tak głęboka, że nawet pracownica spuściła wzrok. Te ubranka miały być symbolem przyszłości, nadziei, domu pełnego śmiechu, a teraz leżały na biurku jak pytanie, na które niki nie miał odwagi odpowiedzieć.
Tego samego dnia do gabinetu Yasemin weszła Jonka. Usiadła z torebką na kolanach, ściskając ją tak mocno, że pobielały jej palce. Była bliska płaczu. — Proszę mi powiedzieć prawdę — wyszeptała. Yasemin spojrzała na wyniki i przez chwilę milczała. To milczenie wystarczyło, by Jonka zrozumiała, że nie usłyszy nic łatwego. — Są rzeczy, które musimy jeszcze sprawdzić — powiedziała lekarka ostrożnie. — Ale musisz być przygotowana i nie możesz być z tym sama. Jonka spuściła głowę, jedna łza spadła na jej dłoń.
W biurze Cihana pojawiła się Hanser. Gdy weszła, Cihan natychmiast wstał. — Hanser… — Chciał podejść, ale ona zatrzymała się przy biurku. Jej wzrok padł na ubranka: na małą koszulkę, na białe buciki, na karteczkę. Przeczytała Słowa i pobladła: „Babasından aslan oğluna”. Jej usta zadrżały. — To dla kogo? Cihan nie odpowiedział od razu. — Hanser, to nie tak… — Nie musisz tłumaczyć. — Zaczęła składać ubranka i wkładać je z powrotem do toreb. Robiła to powoli, z przesadną starannością, jak ktoś, kto boi się, że jeśli wykona gwałtowny ruch, rozpadnie się na oczach drugiej osoby. — Spójrz na mnie — poprosił Cihan. — Nie mogę. — Dlaczego? — Bo jeśli spojrzę, zapytam cię o rzeczy, których nie chcę usłyszeć.
Cihan obszedł biurko. — Te ubranka niczego nie zmieniają między nami. Hanser uśmiechnęła się smutno. — Właśnie w tym problem: wszystko coś zmienia. Każda kartka, każde słowo, każdy prezent, każde spojrzenie twojej rodziny. Tylko my udajemy, że nasza miłość stoi nieruchomo pośrodku burzy. — A nie stoi? Hanser spojrzała na niego wreszcie. — Stoi, ale ja już nie wiem, czy burza nie jest silniejsza. — Po chwili wyszła, zostawiając Cihana samego z torbami, które nagle stały się cięższe niż wszystkie dokumenty w jego biurze.
Rozmowa z Sinem w ogrodzie.
Wieczorem Stambuł ukazał swoje piękniejsze oblicze. Kız Kulesi stała na wodzie jak cichy świadek historii, które od wieków rozgrywały się między ludźmi: miłości, zdrad, powrotów i pożegnań.
W ogrodzie rezydencji Sinem spacerowała między różami. Pochyliła się nad jedną z nich i powąchała delikatne płatki, ale jej twarz nie rozjaśniła się – wątpliwości były silniejsze niż zapach kwiatów. Cihan podjechał samochodem, wysiadł, trzymając małą reklamówkę, i bez słowa wszedł do domu. Sinem obserwowała go v milczeniu. Niedługo potem pod rezydencję podeszła Hancer. Szła wolno, zmęczona, jakby każdy krok wymagał od niej odwagi. Sinem odwróciła się w jej stronę. Przez chwilę obie kobiety patrzyły na siebie bez słowa. — Musimy porozmawiać — powiedziała Sinem. Hanser skinęła głową. — Wiem. — Wiesz też, że ten dom jest na granicy? — Wiem. — I mimo to nadal uważasz, że twoja obecność tutaj wszystko naprawi?
Hanser przyjęła to pytanie jak cios, ale nie odwróciła wzroku. — Nie przyszłam niczego naprawiać samą obecnością. Przyszłam, bo kocham Cihana. Sinem westchnęła. — Miłość nie zawsze wystarcza, wiem lepiej niż ktokolwiek. Więc dlaczego zostajesz?
Hanser spojrzała na drzwi rezydencji, za którymi był Cihan, Mukadder, Beyza, listy, oskarżenia i cały świat, który próbował ją złamać. — Bo jeśli odejdę tylko dlatego, że wszyscy tego chcą, to znaczy, że nigdy naprawdę nie walczyłam o własne życie.
Sinem patrzyła na nią długo. W jej oczach nie było już tylko surowości – był lęk. Może także współczucie, ale przede wszystkim wątpliwość. — A jeśli, walcząc o swoje życie, zniszczysz cudze?
Hanser nie odpowiedziała od razu. Wiatr poruszył różami, gdzieś w domu zamknęły się drzwi. — Tego właśnie boję się najbardziej — powiedziała w końcu.
Sinem odwróciła wzrok ku rezydencji. Jej twarz stwardniała, lecz oczy pozostały pełne obaw. Wiedziała, że ta historia nie skończy się jednym listem, jedną kłótnią ani jednym płaczem w sypialni: zbyt wiele serc zostało już poruszonych, zbyt wiele ran otwarto naraz, zbyt wiele osób uwierzyło, że ich cierpienie daje im prawo do ranienia innych. A gdzieś w środku tego wszystkiego Hanser i Cihan wciąż trzymali się obietnicy, która każdego dnia kosztowała ich coraz więcej. On obiecał, że jej nie zostawi, ona chciała uwierzyć, że miłość może przetrwać nawet wtedy, gdy dom zamienia się v pole bitwy.
But nad rezydencją zapadała kolejna noc, a noc w tym domu nigdy nie była tylko nocą – była czasem szeptów za zamkniętymi drzwiami, ukrytych listów, podartych fotografii i decyzji, których nie dało się już cofnąć. Beyza siedziała samotnie w swoim pokoju, dotykając palcami miejsca, gdzie Mukadder gładziła ją po włosach – nie wiedziała, czy została pocieszona, czy ostatecznie uwięziona. Cemil, w sklepie z farbami, udawał, że zajmuje się pracą, ale przed oczami wciąż miał twarz Hanser na ulicy. Derya zbierała podarte zdjęcia z podłogi i próbowała dopasować do siebie kawałki dzieciństwa, jakby sklejając papier, mogła skleić rodzinę. Mukadder siedziała w salonie spokojna, wyprostowana, pewna, że jeszcze niki nie wyrwał jej władzy z rąk.
A Cihan stał przy oknie, patrząc w ciemność. W dłoni trzymał małe, białe buciki. Przez chwilę wyglądał jak mężczyzna, który ma wszystko: dom, nazwisko, majątek, przyszłość. But w jego oczach było coś zupełnie innego: strach, że aby uratować jedną osobę, będzie musiał zranić drugą.
Za jego plecami otworzyły się drzwi. Hanser weszła cicho, nie powiedziała nic. Cihan odwrócił się i spojrzał na nią. Wystarczyło jedno spojrzenie, by oboje zrozumieli, że świat znowu postawił między nimi coś ciężkiego. But tym razem Hanser nie płakała. Podeszła powoli, zatrzymała się przed nim i dotknęła jego dłoni. — Nie obiecuj mi, że będzie łatwo — powiedziała. Cihan spojrzał na jej palce, na swoją dłoń, na małe buciki. — Nie będzie łatwo. — Nie obiecuj mi też, że niki nas nie zrani. — Zranią nas. Hanser przełknęła łzy. — Więc obiecaj mi tylko, że kiedy przyjdzie najgorsze, powiesz mi prawdę, nawet jeśli ta prawda mnie złamie.
Cihan długo milczał, potem odłożył buciki na stolik i ujął jej twarz w dłonie, tak samo jak tamtej pierwszej nocy, kiedy zastał ją płaczącą w sypialni. — Obiecuję.
Hanser zamknęła oczy. Na zewnątrz wiatr poruszył gałęziami, w domu ktoś przeszedł korytarzem, gdzieś daleko rozbrzmiał stłumiony dźwięk telefonu. Życie toczyło się dalej, jakby nic się nie stało. But wszystko już się stało: list został napisany, zdjęcia zostały rozdarte, ultimatum zostało przyjęte. A miłość Hanser i Cihana, choć wciąż żywa, znalazła się w samym środku burzy, która dopiero zaczynała pokazywać swoją prawdziwą siłę.
Jak myślisz, czy sfałszowany list Beyzy doprowadzi w końcu do całkowitego zerwania więzi między Cihanem a Hanser, czy też ich cicha obietnica szczerości pozwoli im przetrwać tę kolejną rodzinną intrygę?